m.Sport.pl > 

PŚ w Pjongczang. Maciej Kot: To działa jak narkotyk. Chcę więcej i więcej. Do Lahti lecimy, jakby to były zwykłe zawody

rozmawiał Paweł Wilkowicz

2017-02-16, godz. 18:31

- Niby każdy wiek jest dobry na wygrywanie, ale jednak jest jakaś mądrość w tych teoriach, że skoczek jest najlepszy od 25. roku życia. Ma się już dość doświadczenia, a ciało i duch są nadal młode, energia rozpiera. Tak się właśnie czuję teraz. W gotowości - mówi Sport.pl Maciej Kot, który w sobotę w Sapporo wygrał pierwszy konkurs PŚ w karierze, a w czwartek był znów najlepszy, tym razem na normalnej skoczni w Pjongczang.

LEE JIN-MAN/AP

więcej zdjęć

Paweł Wilkowicz: Zawsze pan lubił azjatyckie konkursy, ale jak rozumiem teraz, po zwycięstwach w Sapporo i Pjongczang, bilety lotnicze do Azji trafią w ramki i na ścianę?

Maciej Kot: Tak, zawsze lubiłem Azję. Ale nie zawsze umiałem tam startować. Początki były trudne. Te pierwsze wyprawy były mało owocne, trudno było o jakiekolwiek punkty. Musiałem się tego wszystkiego nauczyć: przyzwyczaić do zmiany czasu, do radzenia sobie z długim lotem, odpoczywania. Musiałem się też nauczyć skoczni w Sapporo, bo jest bardzo trudna. Potem z roku na rok było lepiej. I teraz rzeczywiście leciałem do Azji z bardzo dobrym doświadczeniem.

I po naukę dwóch ważnych umiejętności: jak wygrywać zimą, i jak bronić w Pucharze Świata prowadzenia po pierwszej serii. Tak było w Sapporo.

Tak traktuję to co się tam stało. Prowadziłem już po pierwszej serii w Klingenthal i tam się nie udało obronić pierwszego miejsca. Spadłem na piąte. Wyciągnąłem z tamtej sytuacji wnioski, nauczyłem się czegoś. To było bardzo miłe uczucie, obronić prowadzenie w Sapporo. Konkurs w Pjonczang był nieco inny, przeskoczyłem z czwartego na pierwsze miejsce i też coś sobie udowodniłem. Bardzo mnie te dwa scenariusze cieszą.

Ten drugi był łatwiejszy?

Chyba tak. Niby do każdego skoku podchodzi się tak samo, bez względu na zajmowane miejsce. Taka sama jest koncentracja, nastawienie. Ale nie da się aż tak samego siebie oszukać. Gdzieś tam, w głowie, jest ta myśl o prowadzeniu. I łatwiej jest, gdy się nie prowadzi, ale nie traci wiele do prowadzącego. Lepiej się wtedy skacze. Rola lidera po pierwszej serii nie jest łatwa.

Kamil Stoch mówił po pierwszym konkursie, w którym skakał w stroju lidera Pucharu Świata, że czuł się jakby go ta żółta kamizelka paliła. Panu prowadzenie po pierwszym skoku w Klingenthal też tak ciążyło?

Nie, nie było aż tak. Czułem się całkiem dobrze.

Mówi pan: wyciągnąłem z tamtej sytuacji wnioski i w Sapporo było inaczej.

W Klingenthal problemem nie była psychika. Przerobiłem kilka takich sytuacji w ostatniej Letniej Grand Prix: prowadzenie po pierwszej serii, obrona prowadzenia w drugiej. Nie obroniłem prowadzenia w Klingenthal, bo to był czas gdy w moich skokach często pojawiały się błędy. W treningach, seriach próbnych, konkursach. I zdarzył się też wówczas w drugiej serii. Drobny błąd, ale na takim poziomie nawet drobny drogo kosztuje. Jeśli co drugi twój skok w treningach jest dobry, to logiczne, że w konkursie może się ułożyć tak samo.

A teraz takie błędy zdarzają się rzadziej?

Wtedy forma była dobra, ale niestabilna. Dziś jest stabilna. W Pjongczang obydwa skoki były dobre, do tego sprzyjały mi warunki. Miałem swój dzień. I w Sapporo, i Pjongczang. W Japonii było tak, że nawet nie wiedziałem, ile skakali moi poprzednicy, bo dmuchawy na górze skoczni zagłuszały wszystko. Byłem przekonany, że wszyscy skaczą krótko, bo tak było gdy wychodziłem z naszej poczekalni. To był ostatni moment gdy coś jeszcze słyszałem, wtedy wiatr był niesprzyjający, a skoki krótkie. Nie wiedziałem, ile muszę skoczyć. Po prostu zrobiłem swoje, wylądowałem daleko i byłem przekonany, że wygrałem bez żadnych wątpliwości. A na dole odkryłem, że wielu rywali poleciało daleko. I że zwycięstwo będę dzielił z Peterem Prevcem.

W pierwszym konkursie w Pjongczang zajął pan siódme miejsce i trochę narzekał na przeliczniki za wiatr. Mówił pan wtedy, że czuł się w jednym skoku tak, jakby leciał z workiem cementu na plecach.

W drugim konkursie warunki miałem dużo lepsze. Wprawdzie tuż po wyjściu z progu mnie przycisnęło, ale przeczekałem to i potem niżej już trafiłem na taki wiatr, który pozwolił odlecieć.

Nie wszystkim pozwolił. Chwalił pan skocznie w Pjongczang, mówił że są dobrze osłonięte od wiatru, ale w czwartek wiało tak mocno że i osłony nie dawały rady.

Warunki były loteryjne, ale myślę że nie ma dziś drugiej skoczni na świecie na której przy takim wietrze dałoby się przeprowadzić konkurs. Gdy wyszliśmy z hotelu, to wszystko wokół fruwało. Trudno się było utrzymać na nogach. Gdy na górze wychodziliśmy z windy i trzeba było przejść kawałek na odkrytej przestrzeni, to trzymaliśmy mocno narty, żeby ich wiatr nie wyrwał. Niebywałe. A jednak dało się skakać. Wrócę z Pjongczang z bardzo dobrymi wrażeniami. Może organizacyjnie jeszcze nie wszystko działało, ale Koreańczycy mają rok, żeby to przećwiczyć. A jeśli chodzi o przygotowanie obiektów, to naprawdę zaimponowali. Widać, że to nie powstawało w pośpiechu, jest przemyślane. Skocznie są nowoczesne, obiekty są blisko siebie, z wieży skoczni widać większość aren olimpijskich. Myślę, że to będą dobre igrzyska. Polubiłem to miejsce. A w drugim konkursie nie tylko warunki mi sprzyjały. Skoki też były lepsze niż w pierwszych zawodach. Ta wygrana była, tak myślę, pełniejsza niż ta w Sapporo. Bo samodzielna, z konkretną przewagą. Ale zwycięstwo to zwycięstwo. Daje wielką satysfakcję z wykonanej roboty. I nie będę ukrywał, działa jak narkotyk. Chce się więcej i więcej.

Nadchodzi właśnie najlepszy moment na to więcej: mistrzostwa w Lahti.

Dlatego teraz jestem pełen pozytywnych myśli na dalszą część sezonu.

Mówił pan o plecaku z cementem, ale tymi zwycięstwami w Azji włożył pan sobie inny worek na plecy: z oczekiwaniami przed Lahti.

Trzeba będzie sobie z tym poradzić. Rosnące zainteresowanie i oczekiwania nie są dla nas nowością, myślę że akurat na to jesteśmy przygotowani jak mało która kadra. Najważniejsze to po powrocie do Polski odpocząć od tych wszystkich emocji i polecieć do Finlandii jak na zwykłe zawody. Czy na mistrzostwach świata, Polski, czy igrzyskach, trzeba na skoczni robić to samo. I tak zamierzam do tego podejść. W piątek wylatujemy do Polski, w najbliższy wtorek do Lahti. Pierwszy konkurs 25 lutego, myślę że jest dość czasu, żeby odpocząć i odpowiednio się nastawić.

1 2  następne »
Udostępnij link: Facebook

Zaloguj się i dodaj komentarz (logowanie wymagane)

Komentarz